Trzy sezony pedałowania, a czwarty tuż za rogiem

2026-10-02

Rower zawsze wydawał mi się czymś fajnym. Nie męczył jak bieganie i był od biegania zdecydowanie szybszy. W ogóle sport brzmiał dobrze, co jest co najmniej intrygujące wziąwszy pod uwagę fakt, że tenże sport mogłam uprawiać w wymiarze ograniczonym. Ograniczenia zdjął radiojod, ale przez większość życia szkolnego, to co najwyżej miałam przerwy na aktywność fizyczną.

Miało to swoje dobre strony w postaci nieuczestniczenia w lekcjach wychowania fizycznego (czy może raczej było to uczestnictwo okazjonalne), które były dla mnie niezrozumiałym tworem. Dlaczego o mojej sprawności decyduje to, jak wykonuję dwutakt, a nie stoję na bramce grając w piłkę ręczną? A dlaczego chłopcy zawsze grają w piłkę albo unihokeja, a mnie pozostawało się cieszyć, że tym razem nie ma koszykówki (może gdyby nie ten dwutakt, to miałabym lepszą opinię tym sporcie). Do tego bieganie i trening funkcjonalny (i obie te rzeczy doceniam w dorosłym życiu i patrząc z perspektywy czasu, to ten trening funkcjonalny miał najwięcej sensu dla mnie).

Ale rower to był fajny.

Jednym z pierwszych był jakiś prosty zielony rower ze sklepu wielkopowierzchniowego, którym jeździłam dosłownie wokół komina, bo też zasięg mojego bycia był ograniczony. I nie miałam z kim jeździć, chociaż już wtedy ćwiczyłam się w byciu samą-we-wszystkim. Wspomnieniem, które zostało ze mną do dziś, są odwiedziny serwisu i sklepu rowerowego, bo moja maszyna wydawała dziwny dźwięk.

On już tak ma

Ani dzień dobry, ani żadnych pytań dodatkowych, nawet niespecjalnie koleś się na mnie popatrzył, bo co on na dziecko będzie marnował czas. Szkoda, że jak zrobiłam się dorosła, to gburowate zachowanie było nadal na porządku dziennym (i kiepski serwis).

Nie wiem, jakie były możliwości brania udziału w nieco bardziej zorganizowanym pedałowaniu w tamtych zamierzchłych czasach, ale też najbliższe otoczenie absolutnie rowerowe nie było i jakoś tak temat umarł, bo jeszcze nie mogłam uprawiać żadnej aktywności fizycznej regularnie, dlatego też nie było regularnych dostaw rowerów wraz ze zmianą wzrostu. Jak już mogłam, to okazało się że mieszkam daleko od wszystkiego, a interesujące rzeczy były za mostem i jak ja w ogóle miałam dać radę przejechać taki kawał? I jeszcze pod górkę jechać z tą swoją wagą? A komunikacja miejska po prostu działała.

Spełnienie spotowe osiągałam na inne sposoby - siłownia, sztuki walki, bieganie, różnej maści zajęcia zorganizowane... Ale nigdy nie zbliżyło mnie to do generycznego kanonu piękna, więc waga i wytrzymałość nadal stanowiły dla mnie istotną przeszkodę we wpleceniu roweru w swoje życie. Mogłam przebiec 10km (w 1h10min, ale zawsze!), ale nie uwierzyłabym, że mogę pojechać gdzieś rowerem, a nie komunikacją miejską. Im starsza jestem, tym bardziej myślę o tym, że gdybym dostała trochę wsparcia i zachęty (a nie "musisz w Wielkanoc biegać/iść na siłownię?"), to pewne rzeczy potoczyłyby się inaczej. Na przykład nie byłabym taką fanką podcinania sobie skrzydeł, ale o tym za chwilę.

Na szczęście wiek sprawił, że byłam bardziej zdecydowana wprowadzić rower w swoje życie i była to trekkingowa Merida. Dość ciężka, ale funkcjonalna i na tamtym etapie idealna do moich potrzeb. A przy okazji wyprowadziłam się w miejsce, gdzie wszystko jest bliżej siebie i nie idzie się 2137 minut przez przejście dla pieszych.

Ale to był sztos.

Kupiłam nawet bagażnik i jakieś zwykły torby z Decathlonu, żeby wozić w nich szpej na kickboxing od którego dzieliło mnie zawrotne 1,5km, ale to był dopiero początek. Jeździłam wszędzie, deszcz czy śnieg nie były żadną przeszkodą, byłam gotowa na każdą ewentualność. Nie robiłam żadnych zawrotnych dystansów, do 5km w jedną stronę, czasami trochę więcej. To był też etap, kiedy uważałam, że jeśli w stanie jechać na coraz cięższym przełożeniu, to znaczy, że jestem coraz lepsza (kto by tam słyszał o dostosowywaniu się do panujących warunków i utrzymywania sensownej kadencji).

Z jakiegoś powodu uznałam, że kolejnym etapem bakcyla rowerowego jest kupienie bloków. Nie nowy rower (to zaraz), nie wysublimowaną lycrę, tylko bardzo profesjonalnie pedały zwane również SPD. Nie pytajcie mnie, skąd mi się to wzięło, bo nie wiem. Nawet nie wiem, skąd się o nich dowiedziałam. Jeśli miałam w planach cokolwiek innego, niż podjechanie do lekarza, to tylko w podświadomości. W planach jedynie miałam "bycie lepszą na rowerze".

Od tamtej pory stukałam swoimi blokami już zawsze i wszędzie. Mój "profesjonalny" rower to także rower użytku codziennego i jestem zbyt leniwa, by ciągle zmieniać pedały, zwłaszcza o 21:37, kiedy trzeba jechać do apteki.

A potem uznałam, że pora zacząć jeździć na czymś lżejszym i bardziej zwrotnym i tak oto zamieszkał ze mną aluminiowy gravel Marin Gestalt 1 i miałam na nim jechać w swoim pierwszym triathlonie (1/8). To nie jest nielegalne jechać na gravelu przecież. A dlaczego gravel? Bo jazda po mieście mnie nudzi i lubię być w lesie i tak tak, można kupić szosę endurance i wsadzić szersze opony, ale kupiłam gravela i kolejnym rowerem też był gravel.

Nadwaga jednak nadal mi towarzyszyła, samoocena nieustannie była taka sobie, a strach przed sukcesem siedział we mnie bardzo mocno. Kupiłam trenażer, chodziłam regularnie na zajęcia z pływania, wyłaziłam biegać... A potem jednak uznałam, że jednak z tym moim ciałem to kiepski pomysł brać udział w takich rzeczach. Na zajęciach z pływania jednak zostałam, bo okazało się, że jestem bardzo wodnym stworzeniem, jak już poprawiła mi się technika kraula.

Dopiero dziecko musiało mi się urodzić, żebym sobie zdała sprawę, że ja jednak chcę coś zrobić, chcę pojechać daleko, chcę nie męczyć się na rowerze po 10 kilometrach i że jest to jak najbardziej w moim zasięgu, jeśli w moim zasięgu jest dziecięcy SOR o 3:30 oraz nadstawianie drugiego policzka płynom ustrojowym małego człowieka. Ale poza tym... To co ja powiem dzieciom? Czy chcę im przekazać to, że nie warto próbować, bo ciało wygląda tak, a nie inaczej? I że wmawianie sobie, że jest się beznadziejną jest w porządku?

Dlatego od trzech lat współpracuję z trenerką, która jest świadoma moich czasowych i fizycznych ograniczeń. Wzięłam udział w kilku wyścigach (najdłuższy dystans 156km), także w pierwszym sezonie, dwa razy pojechałam w bawarskie górki ze szpejem kempingowym na rowerze (230km przez 3 dni). Zaraz ktoś mi powie, że to żadne ultra, ale niech się goni.

Zaczynałam z poziomu, gdzie 50km było wyprawą na cały dzień, a tętno normowało mi się chyba następnego dnia. W 1/8 jedzie się tylko 22,5km i to wydawało mi się jak najbardziej do zrobienia, ale 50km to jakaś monstrualna odległość. Trzy lata później siedzenie w siodełku przez 5h nie jestem niczym nadzwyczajnym. 200km pewnie dałabym radę przejechać, ale nie wiem, czy moje ciało byłoby zadowolone. Pojawiło się drugie dziecko, więc przeszłam na tryb utrzymywania formy, częściowy paraliż twarzy nieco ją jednak nadwyrężył. Po trzech latach wiem, że odległości 250km, 500km czy 600km są tylko kwestią czasu. Ja wiem, że są ludzie, którzy kupują swoją pierwszą szosę czy gravela, a za chwilę wygrywają jakiś wyścig na bardzo dużo kilometrów, ale to nie ja.

Nie wiem nawet, jakimi wydarzeniami jestem zainteresowana. Podoba mi się jazda z namiotem i spanie na dziko, ale z wypiekami na twarzy czytam też relacje z wyścigów Lost Dot, które nie są turystycznymi wypadami. Znalazłam jednak coś... Pośrodku? Steppenwolf Berlin-Uznam-Berlin. Mogę się trochę ścigać, a trochę spać w swoim ulubionym śpiworze w bardzo miłych okolicznościach przyrody. Taki mam plan na 2028 (mam nadzieję, że zorganizują edycję 2028!). W sezonie 2027 zamierzam zostać królową podjazdów, bo ich nie znoszę. Niemniej jednak zdrowie ostatnio mi pokazało, że może wziąć wolne w dowolnej chwili i do swoich planów podchodzę ostrożnie. Jak uda mi się tylko regularnie wychodzić na zewnątrz, to też będę zadowolona.